Menu

Shout Box

Latest Message: 8 years, 11 months ago
  • kolecko : Moc pi?knie strona ju? si? cieszy? kiedy vas zobaczy? Kó?eczko Czechy
  • Elf : nice :P
  • lemak : ja;]
  • łucznik : kto jeszcze jest w fundacji? poza zalozycielami? :P
  • Admin : To nie tylko zasługa admina :P To też zasługa członków fundacji, którzy mi w tym czynnie pomagali :D
  • łucznik : wow, nie sądzilem ze kiedykolwiek do tego dojdzie :P brawa dla admina za wytrwalosc w dązeniu do celu, porzuconego przez tak wielu :P
  • Elf : Daga, nie aga :P trafiłam na tą stronę przez frehę - aż oczom uwierzyć nie mogłam że w końcu powstała :P
  • Admin : Aga to Ty? A zdjęcia, które pokazujemy dotyczą historii fundacji, jaka miała miejsce w przeszłości. A kto wie, być może w najbliżym czasie znów odrodzimy grupę :)
  • Elf : no strona fajna, tylko czemu chwalicie sie pokazami ogniowymi ludzi ktorzy juz w fundacji nie są? :P
  • Admin : Podkład wyłączony. Przy dłuższym użytkowaniu faktycznie stawał się uciążliwy.

Only registered users are allowed to post

Zaloguj się



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 2 gości 
News
Katyń - kiedyś, wczoraj i dziś.
czwartek, 10 marca 2011 00:00

Zbliża się pierwsza rocznica katastrofy pod Smoleńskiem. Pomimo upływu roku czasu nadal budzi duże emocje, wiele pytań i wątpliwości.  Jednak naszym zdaniem należy się pogodzić z pewnymi sprawami i z wysoko uniesioną głową iść do przodu. To właśnie dzięki takim wydarzeniom jesteśmy silniejsi. Chcielibyśmy z tego miejsca przypomnieć tekst, który został napisany przez naszego przyjaciela ku pamięci tragicznie zmarłego w tej katastrofie ks. Prałata Romana Indrzejczyka.

Prolog

Wiosenny sobotni poranek. Nieco chłodny i pochmurny. Jest dziewiąta rano. Dość lenistwa. Trzeba wstawać. Poranna kawa, papieros, ciepłe kapcie, szlafrok. Cisza, pusty dom.

Wczoraj wieczorem przed wolnymi dniami syn wybrał się do poznańskich przyjaciół. Żona od wczesnych godzin porannych w pocie czoła z koleżankami zrzuca zbędne kilogramy. Ile to już lat je zrzuca? Dziesięć? Piętnaście?! No cóż każdy dba o siebie według własnego uznania. Cisza. Spokój. Ulubiona kanapa, pilot i telewizor. Moje trzy ukochane domowe sprzęty. Włączam? Konsternacja? Zdumienie? I pomału narastający niepokój. Wyczekiwanie i narastanie niepokoju. Palce niecierpliwie zmieniają kanały telewizyjne. Oczy pospiesznie przebiegają po tragicznej liście ofiar. Niepokój narasta, robi się nieznośny. I jest! I nie ma już niepokoju. Jest smutek, żal i ból?

 

Migawka wspomnień

Rok 1969. Lipcowe przedpołudnie. Surowy pejzaż skalnego rumowiska. Omszałe wielkie głazy z wciśniętym między nie małym, czarnym, przy pochmurnej pogodzie stawikiem. Za nim stromo w górę pnie się zygzakami wąska nić szlaku, by po kilkudziesięciu metrach zniknąć w gęstym tumanie mgły. Woda kapie z każdej okolicznej skałki. Słychać dookoła stacatto padających  z głazów kropel. Tuż nad głowami w niemal upiornym tańcu skręca się szara, niemal namacalna masa mgieł sunących od poranka w stronę w tej chwili niewidocznych turni. Krajobraz surowy, groźny, ale tajemniczy i piękny. Nad stawem przycupnęła grupa młodych turystów. Są w drodze od świtu. Zmęczeni, przemoczeni porannymi mgłami, ale zachwyceni surowym pięknem przyrody i głodni wspaniałych pejzaży. Pierwszy staje przewodnik. Zarzuca nienaturalnie wielki plecak i wolnym, spokojnym krokiem rusza skalną ścieżką w górę. Po kilkunastu krokach odwraca się. Smukła, bardzo wysoka sylwetka sponad której wystaje ten ogromny pękaty plecak. Szczupła, ascetyczna twarz i spokojne, ciepłe spojrzenie spod krzaczastych brwi. Na twarzy pojawia się uśmiech. Hej!!! Młodzieży! Wstajemy! Szlak czeka!

Z wolna od grupy nieco z ociąganiem odrywają się pojedyncze postacie. Przewodnik odwraca się i wolnym miarowym krokiem ponawia wspinaczkę. Pomału zbliża się do poszarpanej granicy kłębiącej się mgły. Ruszam jako jeden z ostatnich. Spojrzenie w górę. Sylwetka przewodnika kołysząca się miarowo w równym marszu z wolna niknie we mgle.

Sobotni kwietniowy poranek po ponad czterdziestu latach. Smutek, żal i ból. Samotność. Idealny zestaw do zadumy i podsumowań.

Pierwsze pytanie: skąd idziemy? Katyń. Ta nazwa miejsca funkcjonowała w mej rodzinie od początku mojej pamięci. Wychowany przez dziadka, żołnierza roku 20-tego, a później żołnierza AK i babcię, której starszy brat skończył swą życiową ścieżkę właśnie w tych smoleńskich lasach. Nigdy nie przypuszczałem, że to samo miejsce zapisze i dla mnie smutną kartę mojego własnego życiorysu. A jednak zapisało. We wczesnej młodości poznałem swego późniejszego przewodnika. Prze długie lata pozostawał moralnym wzorcem. To on zaszczepił we mnie moje główne życiowe pasje ? historię i poszanowanie piękna przyrody.

Jak nikt napotkany na mej drodze umiał słuchać ludzi. Bo ludzie chcą być wysłuchani. Ludzie rzadko potrzebują rad. Ale wysłuchania potrzebują zawsze i wszędzie. Tak zawiasem mówiąc ta oczywista prawda bardzo by się przydała naszym tak najlepiej wszystko wiedzącym politykom. Młodość przeminęła gdzieś w smutnych dniach stanu wojennego i bezsensownie pustych latach powolnego dogorywania minionego ustroju.

W tych naprawdę smętnych latach osiemdziesiątych nasze drogi rozeszły się, ale kontakt, aczkolwiek sporadyczny trwał nadal. Od sobotniego poranka nie nastąpi już nigdy, na zawsze pogrzebany dziesiątego kwietnia o ósmej z minutami w Katyniu.

 

Epilog

I jeszcze powracający niepokój związany z opisanym wyżej wspomnieniem. Migawka z przeszłości. Wspomnieniem postaci odchodzącej stromą górską ścieżką we mgłę nieskończoności. I natrętna myśl, że przyjdzie taki czas, kiedy każdy z nas wejdzie na tą samą ścieżkę, pogrążając się w tą samą mgłę.

I wtedy pozostaje tylko kołaczący się nieśmiało w piersi płomyk nadziei, że tak jak wtedy przez laty, spotkamy się szczęśliwie wszyscy na oblanym słońcem szczycie.

Ku Pamięci swego nauczyciela

i przewodnika ks. Prałata

Romana Indrzejczyka

Ryszard Radyn

Bemowo 12-go kwietnia 2010